W PODRÓŻY

Kajaki na Oceanie i nieziemskie widoki – Nowa Zelandia dzień 10 i 11

Następny dzień po trekingu w Parku Narodowym Abel Tasman przyszło nam spędzić w większości w samochodzie. Dlaczego? Ano dlatego, że przed wyjazdem załapaliśmy się na promocję na nowozelandzkiej wersji grupona i udało nam się dorwać kupony na kajaki z fokami w miejscowości Kaikoura. Oczywiście bilety były na konkretny dzień i godzinę, więc musieliśmy tam zdążyć. Do Kaikoury z okolic Abla Tasmana jest spory kawałek. Do tego musieliśmy jechać tam okrężną drogą, ponieważ główna droga nadal była zamknięta po listopadowym trzęsieniu ziemi. Dzięki temu przymusowo jechaliśmy niezwykle krętą trasą górską przez cały dzień. Na szczęście udało nam się po drodze zatrzymać chociaż na chwilę w kilku miejscach.

mapa

Naszym pierwszym postojem po drodze był Park Narodowy Nelson Lakes. Zatrzymaliśmy się przy dwóch głównych jeziorach tego Parku, jeziorze Rotoiti i Rotoroa. Przy jezorze Rotoiti udało nam się poobserwować kilkudziesięcioletnie węgorze pływające sobie razem z kaczkami. Podobno zdarza się, że węgorz łapie i je małe kaczątko…Nie za bardzo umiem sobie to wyobrazić, musi to wyglądać podobnie do tego jak wąż zjada swoje “obiadki”.

Udało nam się szczęśliwie nakręcić kilka podwodnych ujęć węgorzy, które na pewno pojawią się we vlogu! Jednak kamera z podwodną obudową to był strzał w dziesiątkę 😀 Tym bardziej, że węgorze próbowały nam kamerę zjeść.

IMG_2393 IMG_2379-2 IMG_2396 IMG_2387

Przy drugim jeziorze, Rotoroa byliśmy tylko krótką chwilę. Wszystko dzięki sandflies, które spotkaliśmy pierwszy raz właśnie tam. Sandflies to w zasadzie jedyny owad, którego spotkacie w Nowej Zelandii, który będzie w jakikolwiek sposób przeszkadzał. Co to dokładnie jest? Jest to muszka, delikatnie większa od muszki owocówki, która chce obrzydzić ci życie i sprawić, że oszalejesz. Muszki te latają całymi chmarami, oblepują cię i gryzą. Można kupić na nie repelenty, ale niestety na niewiele się one zdają. Na szczęście muszki te spotkaliśmy jeszcze tylko w jednym miejscu, więc i tak nie było źle. Przed wyjazdem czytałam, że potrafią one skutecznie zepsuć wyjazd. Jezioro Rotoroa uwieczniliśmy więc na szybkich zdjęciach i uciekliśmy do samochodu, gdzie potem przez dłuższy czas pozbywaliśmy się muszek, które postanowiły wlecieć do niego razem z nami.

IMG_2425 IMG_2420

Następnym przystankiem w podróży była miejscowość Hanmer Springs. Jest to typowa miejscowość wypoczynkowa, malowniczo położona, a jej główną atrakcją jest park źródeł i basenów geotermalnych, gdzie można kupić wejściówkę i moczyć się cały dzień 🙂 My ze względu na ograniczony czas pojechaliśmy tam tylko na obiad i szybki spacer. To co nas najbardziej urzekło to sam dojazd do tej miejscowości i widoki z drogi. Sielanka w czystej postaci.

Droga przy Hanmer Springs.

Droga przy Hanmer Springs.

Takie widoki ciągną się przez kilkanaście kilometrów. Setki owiec, góry i malowniczy krajobraz. Nic tylko zatrzymywać się co chwilę!

IMG_2448 IMG_2452

Jednak zdecydowanie moim ulubionym widokiem był ten:

Widok przy Hanmer Springs

Widok przy Hanmer Springs

Aż żal było wyjeżdżać. No ale czas nas gonił, trzeba było się spieszyć. Było już ciemno, kiedy dojechaliśmy do naszego hostelu w Kaikourze. Zmęczenie po całym dniu spędzonym w samochodzie tez dawało o sobie odczuć. Droga zajęła nam zdecydowanie więcej czasu niż ten przewidywany przez google maps. Padliśmy więc do spania, bo następnego dnia rano musieliśmy stawić się na kajaki na Oceanie 🙂

Mieliśmy szczęście, bo okazało się, że pogoda będzie nam sprzyjać. Tego dnia nie padało i nie wiało, ale również nie świeciło słońce, więc odpadł nam problem poparzonych twarzy 🙂 Oprócz nas płynęły jeszcze dwie dziewczyny i oczywiście przewodnik. Z siedziby firmy podjechaliśmy busem do wody, skąd musieliśmy sami całkiem duży kawał nieść nasze kajaki (najlżejsze to one nie były). Potem przeszliśmy szybkie szkolenie z zasad bezpieczeństwa, a w nim między innymi co robić kiedy się przewrócimy, co robić kiedy coś stanie się naszemu przewodnikowi oraz co robimy w razie trzęsienia ziemi (witamy w Nowej Zelandii). To ostatnie wcale nie było takie na wyrost. Trzęsienia ziemi występują w tym regionie codziennie. Są to raczej takie mini trzęsienia, zupełnie nie odczuwalne, ale mimo to ostatnie mocne trzęsienie ziemi było w Kaikourze kilka dni przed naszym przyjazdem. W razie trzęsienia przewodnik otrzyma informację przez specjalną aplikację i w zależności w którym miejscu będziemy, trzeba uciekać albo na ląd, albo głębiej na ocean.

Na szczęście wszystko przebiegło bezproblemowo i spokojnie kajakowaliśmy sobie po oceanie przez 3 godziny 🙂 Jako, że byliśmy “tą odważną” grupą, wypłynęliśmy dalej od lądu i opłynęliśmy kilka zatok. Dalej od lądu trafiliśmy już na spore fale, więc trzeba było się nieźle namachać, żeby w ogóle się poruszać. Co jakiś czas w wodzie obok nas płynęły sobie foczki, obracając się i robiąc fikołki. Bardzo pocieszne stworzenia 🙂 Pełno fok wylegiwało się też na kamieniach obok których przepływaliśmy, a na koniec naszej wyprawy, widzieliśmy na wodzie małego pingwinka 🙂 Przygoda na kajakach była więc bardzo udana. Kilka zdjęć zrobiliśmy tylko naszą wodoodporną kamerą, bo aparat mógłby tego nie przeżyć 🙂 Niestety nie udało nam się uwiecznić zwierząt, bo te poruszają się zbyt szybko a siedząc w kajaku średnio ma się możliwość manewrowania i szybkiego obsługiwania sprzętu 🙂

DSC03933 kajaki na oceanie kajaki na oceanie kajaki na oceanie kajaki na oceanie

Te dwa dni obfitowały w piękne widoki, sportowe atrakcje i pozytywne zmęczenie. Wierzcie lub nie, ale potem było jeszcze lepiej 🙂 W następnym wpisie wybierzemy się do Christchurch, czyli jednego z najbardziej pechowych miast na świecie, które mimo to zachwyciło nas pozytywną energią 🙂

 

You Might Also Like