W PODRÓŻY

Dzikie lasy Whanganui i wietrzne Wellington – Nowa Zelandia dzień 6 i 7

Witajcie po weekendzie!

Czas jechać dalej z relacją z podróży! Po okropnie wyczerpującym dniu, którego dostarczyło nam Tongariro Alpine Crossing, zgodnie zdecydowaliśmy, że na następny dzień przyjmiemy coś dużo lżejszego. Jednocześnie musieliśmy zjechać już bardzo na południe, gdyż na ósmy dzień podróży mieliśmy zarezerwowany bilet na prom między wyspami.

Po drodze na południe zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, z którego rozpościerał się idealny widok na Tongariro i górę Ngauruhoe.

Tongariro

Tongariro

Widok był piękny, chociaż przypomniał o bardzo, ale to bardzo obolałych mięśniach…

Ruszyliśmy dalej. Na mapie, idealnie po drodze do Wellington, skąd mieliśmy płynąć na Wyspę Południową, ułożył się Park Narodowy Whanganui. Tam postanowiliśmy zrobić jedną z miliona tras, prowadzących przez las.

mapa1

Lasy w Nowej Zelandii są zupełnie inne niż nasze. Dzikie, wilgotne, zamszone, zarośnięte paprociami wysokimi jak drzewa. Totalnie inny, dziki klimat, który bardzo nam pasował. Co ciekawe, nie było w tych lasach komarów (ufff).

Wybraliśmy jedną z krótkich tras i na dwie godziny zanurzyliśmy się w dżungli.

IMG_1878 IMG_1897 copy IMG_1908 IMG_1910 IMG_1926 IMG_1932

Po trekingu pojechaliśmy dalej do uroczej nadmorskiej miejscowości Wanganui, gdzie tego dnia spaliśmy. Dojechaliśmy tam dość wcześnie, więc mieliśmy czas na wyjście na porządną kolację, a potem na zgrywanie zdjęć na dysk z kart, które zapełniały się w zastraszającym tempie…

Kolejnego dnia rano wyjechaliśmy w stronę nowozelandzkiej stolicy – Wellington. Niestety piękna pogoda z poprzedniego dnia nie zechciała pojechać z nami i miasto przywitało nas bardzo ponurą aurą.

Przed wyjazdem przeczytałam gdzieś, że Wellington określane jest mianem ‘windy city’, bo podobno cały czas tam wieje. Cóż, nie byłabym w stanie wymyślić lepszej nazwy. Jeszcze chyba nigdy nie doświadczyłam takiego wiatru jak tam (oprócz dalszych dni w Nowej Zelandii). Chcieliśmy zwiedzić centrum miasta, ale niestety było to niemożliwe. Wiatr dmuchał we wszystkie strony na raz. Chwilami myślałam, że na serio odlecę, jak się czegoś nie przytrzymam. Jak dla mnie może lać deszcz, nie będzie to przeszkoda w zwiedzaniu. Ale taki wiatr to było coś nie do obejścia.

Na szczęście mieliśmy dwa inne plany na Wellington. Pierwszy, było to muzeum Te Papa. Jest to Muzeum Narodowe Nowej Zelandii. Bardzo nowoczesny budynek, interaktywne wystawy, trochę przypominało Natural History Museum w Londynie. Trochę, bo jego skala była znacznie mniejsza.

W muzeum tym było kilka pięter, każde poświęcone czemuś innemu. Były wystawy o naturze, faunie i florze nowozelandzkiej, były wystawy o historii kraju, a także o czasach, kiedy na wyspę przybyli Maorysi. Na pewno warto to muzeum odwiedzić, wszyscy je bardzo polecają (my też!), a sami nowozelandczycy są  z niego bardzo dumni.

wellington wellington IMG_1952 IMG_1953 IMG_1962 IMG_1959

Ostatnie zdjęcie to krótka historia polskich dzieci (w większości sierot), które w czasie II wojny światowej uciekły z terenów ZSRR i po latach tułaczki dotarły do Nowej Zelandii. Dokładną historię możecie poznać tutaj. Było to ciekawe uczucie widzieć kawałek polskiej historii w muzeum na końcu świata. Zwłaszcza, że przez pierwszy tydzień nie spotkaliśmy żadnych Polaków.

Po zwiedzeniu muzeum, pojechaliśmy do części miasta Miramar, gdzie mieści się Weta Cave workshop, gdzie powstają rekwizyty oraz efekty specjalne do filmów. Załapaliśmy się na wycieczkę po warsztacie, która była jedną z ciekawszych płatnych rzeczy, jaką zrobiliśmy w Nowej Zelandii. W warsztacie nie można było robić zdjęć, ani filmować. Zobaczyliśmy jak powstają efekty specjalne do filmów, jak powstają rekwizyty. To dało nam pogląd na ilość pracy jaka jest do zrobienia przy kręceniu filmów. Jakimi filmami zajmowało się to studio? Kojarzycie Władcę Pierścieni, albo Hobbita? Na przykład takimi 🙂 W tym momencie James Cameron pracuje razem z nimi nad czterema częściami Avatara jednocześnie…Ujęcia do nich powstaną w Nowej Zelandii 🙂 Naszym przewodnikiem był pracownik warsztatu, totalny pasjonat, który cały czas ostrzegał nas przed nadejściem zombie 🙂


Siódmy dzień to był nasz ostatni dzień na Północnej Wyspie, która uchodzi za tą bardziej cywilizowaną. Następnego dnia wjechaliśmy już na prom (tak, razem z samochodem) i popłynęliśmy przez cieśninę Cooka na tą bardziej dziką część kraju, gdzie spędziliśmy kolejne 2 tygodnie. O tym już w następnym wpisie!

Jeżeli chcecie być na bieżąco z wpisami, zachęcam do polubienia mnie na facebooku i instagramie, będzie mi bardzo miło 🙂 Pa!

 

You Might Also Like