W PODRÓŻY

Tongariro Alpine Crossing – Nowa Zelandia dzień 5

Witajcie ponownie! Przyszedł czas na opis pierwszego poważnego trekingu, który zrobiliśmy będąc z Nowej Zelandii. No dobra, nie tylko pierwszego poważnego, ale także (jak się później okazało), najtrudniejszego z całej wyprawy. Mowa o Tongariro Alpine Crossing.

Czwartego dnia podróży, po zwiedzeniu miejscowości Rotorua, pojechaliśmy na południe, obok jeziora Taupo, do miejscowości Turangi, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Miejscowość Turangi leży zaraz obok wjazdu do Parku Narodowego Tongariro. Co jest specjalnego w tym Parku? Po pierwsze – wygląda on zupełnie inaczej niż inne Parki w Nowej Zelandii. Znajdują się w nim 3 aktywne wulkany, a krajobraz obejmuje kratery i zastygłe fragmenty lawy. Wygląda tam po prostu jak na Marsie. Po drugie – Tongariro służyło twórcom “Władcy Pierścieni” za Mordor, a wulkan Ngauruhoe został obsadzony w roli “Góry Przeznaczenia”. Co ciekawe, na trasie spotkaliśmy wielu nowozelandczyków i nawet oni między sobą mówili, że idą się wspinać na “Mount Doom”, więc filmowa nazwa chyba przyjęła się na stałe 🙂

tongariro-alpine-crossing

Trasa, którą zaplanowaliśmy przejść nazywa się Tongariro Alpine Crossing. Jest ona wielokrotnie określana (przez liczne magazyny podróżnicze) jedną z najlepszych jednodniowych tras na Ziemi. Lepszej reklamy, chyba nie mogli mieć, więc stwierdziliśmy, że trzeba to sprawdzić 🙂 Trasa liczy sobie 19,4 km i biegnie w jedną stronę. Przejście zajmuje teoretycznie ok. 6-7 godzin, ale przy takiej trasie trzeba założyć sobie czas na częste zatrzymywanie się i odpoczynek.

Jako, że trasa biegnie w jedną stronę, powstaje problem dostania się z powrotem do samochodu/campera. Z pomocą przychodzą liczne firmy przewozowe, które przewiozą cię z końca, na początek trasy za zawrotne 35 dolarów (wszystkie firmy mają taką samą cenę). Niestety nie ma tańszej opcji, chyba, że złapie się stopa. Opcja ta nie do końca jest dobra, ponieważ na trasie trzeba spieszyć się, żeby zdążyć na autobus na wyznaczone godziny (mijaliśmy na zejściu sporo osób, które musiały biec, żeby zdążyć).

Na szczęście w porę zorientowaliśmy się, że można dowóz rozwiązać od drugiej strony. O 8 rano pojechaliśmy więc na koniec trasy, skąd autobus (który rezerwowaliśmy o 22 poprzedniego dnia) zawiózł nas na jej początek. Dzięki temu bez stresu ruszliśmy w kierunku samochodu, nie martwiąc się o uciekający autobus.

Jak wygląda trasa?

Nie ma się co oszukiwać, trasa jest trudna. Dla mnie nawet bardzo trudna, ale ja generalnie mam bardzo przeciętną kondycję (trochę się poprawiło po wyjeździe). Mimo to, dałam radę (mąż bez problemu). Trasa jest o tyle trudna, że trochę gorsza pogoda może być dużym ograniczeniem. Na trasie w pewnym momencie znajdziemy znak, który wręcz zmusza do przemyślenia, czy na pewno chcemy iść dalej, a jeżeli pada deszcz – każe zawrócić. My mieliśmy ogromne szczęście i cały dzień świeciło słońce, co potem oczywiście przypłaciliśmy schodzącą skórą – mimo smarowania! No ale coś za coś 🙂

Tongariro Alpine Crossing

Tongariro Alpine Crossing

Trasa jest długa i męcząca, ale widoki wynagradzają wszystko. Zaczyna się od przejścia obok “Mount Doom”, następnie obok wielkiego “Czerwonego Krateru”, a dalej w stronę “Szmaragdowych Jezior”. W tym miejscu to jest trochę ponad połowa trasy i jest ona przecudowna. Później zaczyna się zejście, które trwa 3-4 godziny. Kiedy zaczynaliśmy schodzić wydawało mi się – łe, to już wszystko? Luzik. Jednak 4 godziny bez przerwy w dół dało się we znaki. Palce w butach i łydki dostały w kość. Pierwszy etap zejścia to było w zasadzie ślizganie się ostro w dół po drobnych kamieniach, w które zapadały się stopy. Drugi etap to było stabilne, ale długie i monotonne zejście do wyjścia. Moje szczęście, kiedy wyszliśmy z parku było więc nie do opisania. A szczęście, kiedy można było ściągnąć buty – jeszcze lepsze! Trochę gorszy zapach, ale cóż.

Czy polecam Tongariro Alpine Crossing?

Tak! To jest coś co trzeba przeżyć, zdecydowanie zasłużyło na miano jednej z najlepszych tras świata. Krajobraz jest niesamowity, a dodatkowych emocji dodaje fakt, że wulkan Ngauruhoe wybuchł ostatni raz w 1974 roku, czyli dość niedawno, no i pozostaje on nadal aktywny.

Ta trasa była niezapomniana, potem przez kilka dni czuliśmy jeszcze zakwasy i leczyliśmy spieczone twarze. Mimo to, zdecydowanie było warto. Zobaczcie zdjęcia z tego niesamowitego miejsca!

IMG_1746 IMG_1747 IMG_1764 IMG_1771 IMG_1785 IMG_1808IMG_1812 IMG_1821

Szmaragdowe Jeziora

Szmaragdowe Jeziora

IMG_1845 IMG_1852

You Might Also Like