W PODRÓŻY

Werona całkiem przypadkiem

Jak to przypadkiem? – Zapytacie. Pamiętacie wpis o majówce w Bawarii? Jeżeli nie, to polecam nadrobić zaległości. Pisałam tam, że jednego dnia, kiedy pogoda uniemożliwiła nam spacerowanie po górach, zdecydowaliśmy się wsiąść w samochód i pojechać na południe. Tak oto przywitała nas Werona.

Tak to właśnie było. Pogoda w Mittenwaldzie już poprzedniego dnia się dość porządnie psuła. Swoją drogą potężna burza pod wielką górą robi wrażenie, położenie na 1000 m n.p.m., do tego echo i niezapomniane wrażenia akustyczne mamy jak w banku. Nasze burze przy tym to pikuś. Jako, że przyjechaliśmy z mocnym postanowieniem aktywnego spędzenia czasu, to po sprawdzeniu pogody na następny dzień (2 stopnie, deszcz, mgła, nie muszę chyba dalej pisać?), postanowiliśmy że trzeba się gdzieś na ten dzień przemieścić.

Tym sposobem następnego dnia rano zapakowaliśmy się do samochodu przed 9 rano i przed 12 byliśmy już na głównym placu Werony. Decyzja ta była jedną z tych lepszych “życiowych”. Zostawiliśmy za sobą Bawarię, w której była taka mgła, że nie było widać dosłownie nic i przywitaliśmy Włochy, ze słońcem i dwudziestoma stopniami więcej. Nie mieliśmy żadnego planu zwiedzania. Po prostu podjechaliśmy do centrum, zaparkowaliśmy na jednym z gigantycznych miejskich parkingów podziemnych i wysiedliśmy tuż obok Areny, czyli amfiteatru z czasów antycznych, podobno trzeciego co do wielkości na świecie.

Po krótkim obejrzeniu z zewnątrz (wewnątrz też już kiedyś byłam, ale jak ktoś był w Koloseum w Rzymie to w porównaniu ten w Weronie wypada dość blado), skierowaliśmy się po znakach do Domu Julii. Capuletti oczywiście. Pod słynnym balkonem, który jest zwykłym małym balkonem, było tyle ludzi, że niestety nie dopchaliśmy się tak, żeby zrobić jakieś w miarę dobre zdjęcie. Nie mamy nawet takiego, na którym byłby balkon. “Korytarzyk” prowadzący do balkonu, jest cały popisany wyznaniami miłości czy napisami Ktośtam + Ktośtam = <3. Co jakiś czas jest to zamalowywane i od nowa!

Po wydostaniu się z tłumu ludzi poszliśmy na spacer dookoła tego starego centrum. Potem obiad w jednej z uroczych knajp, czyli pizza i pyszne pesto. W tym czasie niebo zastrajkowało i przyniosło…burzę. Temperatura jednak prawie wcale się nie zmieniła. Burza przeszła równie szybko jak przyszła i kiedy wyjeżdżaliśmy z Werony, było już zupełnie czyste niebo. Podczas obiadu zaświtał nam jeszcze jeden pomysł, więc od razu po jedzeniu zapakowaliśmy się do samochodu i zaczęliśmy podróż powrotną od zboczenia z autostrady. Tym samym dojechaliśmy nad jezioro Garda, a konkretnie do uroczej miejscowości Riva del Garda. Było już popołudnie, więc zaczęło się ochładzać, ale zostało trochę słonka na dwugodzinny spacer. Potem w końcu wróciliśmy do Mittenwaldu, gdzie czekała na nas zabójcza temperatura -2 stopni.

Spontaniczne wypady często okazują się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza jeżeli wiążą się z podskokiem słupka na termometrze o paręnaście kresek. Trochę się rozpisałam, ale już się zamykam i zapraszam na zdjęcia 🙂

Werona przypadkiem

Pozytywna zmiana na niebie 🙂

aDSC_0326

Po prawej balkon schowany za głową.

aDSC_0329

Ścienne wyznania miłości.

aDSC_0320

aDSC_0335
aDSC_0340
aDSC_0379
aDSC_0382
apage2
aDSC_0384
aDSC_0386
aDSC_0388
aDSC_0390
aDSC_0392

aDSC_0409aDSC_0411

aDSC_0416

aDSC_0428

aDSC_0445

You Might Also Like

  • Ależ piękne widoki! Fajnie było zobaczyć Weronę Twoim okiem 🙂

    • Agnieszka Sokół

      Cieszę się, że się spodobało! 🙂

  • karolina li

    Cudne widoki 🙂 Marzyło mi się kiedyś odwiedzić Weronę :))